Delegacja … part #1

listopad 12th, 2007

Zostałem wysłany w delegację … na zesłanie … od 11 listopada …

Dziś kończy się pierwszy dzień “udręk”. :)

Wylot 19:50 LOTem. Dojazd do lotniska zaskakująco szybki, brak korków, ekscesów, pustawo w Warszawie. Nie przywykłem do takiego podróżowania więc na lotnisku byłem o min 30 minut za szybko :) Jak po chwili okazało się także Marek oraz Dyrektor. Trójka kolegów z zaprzyjaźnionego banku poleciała już o 17:45 więc nie pozostało nic innego jak tylko przejść odprawę i udać się na piwo ;) Wszyściutko poszło szybciutko i wydawało się, że odlecimy o czasie. Wydawało się ponieważ LOT = Later Or Tommorow i przewoźnik solennie pracuje na tę opinię. Około 15-20 minut oczekiwania w autobusie na pasie ;) na szczęście w samolocie już bez najmniejszych problemów, co więcej podana strawa naprawdę dała się zjeść a kawa wypić :)

W  Brukseli byliśmy o czasie i przekonałem się jak bardzo mściwi są Belgowie ;) W Warszawie terminal jest zdecydowanie mniejszy i to że była to ostatnia bramka nie stanowiło problemu, w Brukseli jednakże ostatnia bramka oznacza dość długi spacer (było po 22:00 i wszystkie ciągi komunikacyjne były wyłączone) na oko 10 minut :) Z lotniska do Mechelen miało być około 20 minut jazdy pociągiem … niestety nikt nie powiedział, że z przesiadka ;) Przesiadka na dworcu Bruksela - Nord … jako żywo przypominająca Warszawę Wschodnią, po “złapaniu” następnego pociągu było już zdecydowanie lepiej (obiecywane 20 minut jazdy i jeden tylko przystanek), potem taxi o na kilka minut przed północą byliśmy już w hotelu. Koledzy z banku już byli po tournee po okolicznych lokalach serwujących piwa :)

Poranek … bardzo ciężki … Najpierw łomotanie do drzwi … nie wstaje, przecież to koledzy chcący pewnie mnie przebudzić. Tutaj należy nadmienić, że w nocy rozładował mi się telefon, a żaden z nas nie posiadł magicznej zdolności obsługi hotelowej centralki telefonicznej. Przebudziłem się na dobre gdy zadzwonił telefon. Nieco niewyspany i zdenerwowany tym faktem burknąłem zwyczajowe “yhum?”
“Sir taxi is waiting”.  Przypomiałem sobie studenckie czasy gdy jedna minuta wystarczała aby ubrać się i wyjść z domu :) Przed wejściem faktycznie czekała już wypasiona taksówka (brakowało tylko mnie i jednego z kolegów). Celowo podkreślam rolę taksówki ponieważ teraz leżąc w łóżeczku patrzę na rachunek za przejazd i nie wiem czy jutro dostaniemy refundację :) za drogę tam i z powrotem (około 35km w jedna stronę) łącznie 129 EURO :)

W Leuven firma posiada bardzo ładne centrum szkoleniowe w centrum miasta (tuż obok “muchy na szpilce”, wkrótce zamieszczę zdjęcia), gdzie bardzo fajnym pomysłem jest zbiorcza, duża “poczekalnia” z automatami do kawy i jedzenia, coś jak stołówka. Generalnie organizacja bardzo dobra. Szkolenie dość … nieciekawe ale na szczęście często przerywane na kawę czy też inne napoje. Dzięki wrodzonej inteligencji oraz typowo polskiej pracowitości skończyliśmy około 15:00 i mając dwie godziny wolnego udaliśmy się pozwiedzać okolice. Miasteczko jest określane jako uniwersyteckie i to widać i czuć, architektura intrygująca i … dużo lokalów w okolicy. Czas podjąć wyzwanie i testy lokalnych piw. Ciężko będzie spróbować wszystkie specjały ale postaramy się :)

Pierwsze wrażenia:

  • czysto, miło chociaż bezosobowo
  • na stołówce nawet chusteczki higieniczne są z logo korporacji
  • wydaje się, że nie lubią GG (powycinane wszędzie)
  • drogo !!! (patrz taxi)
  • zdecydowanie więcej niż w .pl hotspotów
  • genialny transport publiczny

Wkrótce zamieszczę kilka ciekawszych fotek. Aha najważniejsze … jedzenie … dla autochtonów lunch w pracy to dość duża kanapka i coś a’la pomidorówka w proszku. Generalnie należy to traktować raczej jako wersję demo :)

Leave a Reply